ARTYKUŁY

28-11-2015

Triathlon! Dyscyplina dla dinozaurów – bestie głodne wrażeń

Do czego zdolny jest organizm człowieka?

Które z barier można pokonać?

Od niepamiętnych czasów ludzie głowią się i zastanawiają – ile można wytrzymać, ile można skoczyć, ile kilogramów można podnieść? Zainteresowanie wytrzymałością jest stare jak świat. Granice jednak ciągle są przekraczane.

Pomyślmy: przedstawiciel świata starożytnego, Grek Filippides zrobił coś wówczas niemożliwego. Przebiegł z Maratonu do Aten i osiągnął swoje własne maksimum możliwości, wzbudził podziwi i niedowierzanie. Bieg na 100 kilometrów? Nie ma szans! Sceptycy nie dawali szans nikomu na to, że da się taki dystans ukończyć. Jak myślicie, czy wielu pukało się w czoło, kiedy wymyślono triathlon? Pomyślcie zatem, co mogło się dziać w ludzkich głowach i opinii publicznej na samą myśl o Ironman. Skrajne szaleństwo i głupota? Czy może odwaga?

Sportowcy jednak pokazali to, czego niejeden nie spodziewałby się nawet w swoich najśmielszych snach. Okazuje się, że bardziej ograniczone mogą być myśli i zapatrywania człowieka aniżeli jego faktyczna wytrzymałość i możliwości. Zawodnicy przebiegli bez przeszkód 100 kilometrów, przepłynęli 3000 metrów, tylko po to, aby zacząć pedałować przez 180 kilometrów. Natura ludzka jest przekorna, a apetyt – wedle powszechnie znanego w świecie przekonania – wzrasta w miarę jedzenia. W 1986 r. w Czechosłowacji wystartowano „przy okazji” pełnego triathlonu do supertriathlonu. Ot, 5 km pływania, 250 km jazdy kolarskiej i 50 km biegu. Jednym z uczestników tej morderczej walki był mieszkaniec Szczecina, Jak Nowak, który relacjonował:

Przed wyjazdem obiecałem żonie, że wystartuję w połówce (2-80-20), jako, że pełny triathlon jest zbyt dużym wyzwaniem dla starszego (?) pana. Na miejscu okazało się, że do połówki zgłosiło się 20 kobiet i jeden mężczyzna. Trochę było mi głupio walczyć z takimi rywalami, a żona nic nie mówiła o supertriathlonie, chytrze więc ominąłem zakaz i porwałem się na ten wyczyn.

Człowiek ze stali?

Na mecie byłem szósty. Walczyliśmy zawzięcie ale z uśmiechem na twarzy. Biegaliśmy już w nocy, miałem pecha, bo na 12 kilometrze skręciłem nogę. Bolało tak, że myślałem, że cały wysiłek poszedł na marne i nie skończę konkurencji. Po tym, jak noga spuchła jak bania – ból ustąpił.

Człowiek – bestia ciągle głodna wrażeń.

1994 r. Węgry. Miejscowość Velence nad Balatonem, w której zorganizowano Mistrzostwa Świata w… poczwórnym triathlonie. Odbywały się one na dystansie:

  • 15,2 km pływania
  • 720 km kolarstwa
  • 168, 8 km biegu.

Wiecie co? To nie jest żart! I startowali w niej (nie)zwykli śmiertelnicy. Polak, Andrzej Nadkański został złotym medalistą. Jako człowiek mało wylewny i skromny opowiadał:

Pływanie odbywało się na 50-metrowym basenie, najgorszy kryzys przezywałem na 10 kilometrze pływania, wtedy miałem obawy, że mogę nie skończyć. Na rowerze bez przeszkód przejechałem ok. 300 km i po tym czasie znowu kryzys. Wszystko mnie bolało. Przespałem się na krótko w przydrożnym rowie i siłą woli wsiadłem znowu na rower. Bieg to moja dobra strona, ale i tutaj pojawił się kryzys. Organizm obciążony był wielką pracą, która trwała już grubo ponad 50 godzin. Co tu dużo opowiadać. Ukończyłem zawody na 3 miejscu.

Owoce, słodycze i … wiadro zupy pomidorowej.

Polski zawodnik nie posiadał żadnego serwisu, nie miał masażysty i lekarza. Węgrzy patrzyli na niego z niedowierzaniem i uśmiechali się pod nosem, jakby nie dając mu żadnych szans na ukończenie triathlonu. Kibice przynieśli mu owoce, słodycze i wiadro zupy pomidorowej od właściciela restauracji, której specjalnością była m.in. ta właśnie zupa. Restaurator śledząc w telewizji poczynania Polaka postanowił przynieść specjał w czymś „trochę” większym od talerza. Na zakończenie, Andrzej dodaje: Chcieć, to móc!

Oprac. na podstawie: R. Czerwińki, Triathlon – trudne, ale możliwe, „Albatros”, Szczecin 2000.
foto: Chris Hunkeler z photopincc